Royal Blood - recenzja płyty "Royal Blood".

O Royal Blood mogliście już u mnie przeczytać w mojej relacji z koncertu w Palladium w 2015 roku w Warszawie. Dziś zapraszam Was na recenzję "Royal Blood", debiutanckiej płyty tego duetu. Dorzucam też garść informacji o zespole :)



Royal Blood to Mike Kerr (wokal i gitara) i Ben Thatcher (perkusja) - rockowy duet zawiązany w 2013 roku w Worthing w Anglii. Na swój sposób rozsławił ich perkusista zespołu Arctic Monkeys, który podczas koncertu na festiwalu Glastonbury nosił koszulkę Royal Blood. Rzecz działa się latem 2013 jeszcze przed premierą debiutanckiego singla duetu. Ja po raz pierwszy usłyszałam o nich przy okazji Open'er Festivalu 2014, gdzie podobno podczas ich koncertu na Alter Stage publiczność rozniosła podłogę w drzazgi. Wówczas ten występ mnie ominął, szybko jednak natrafiła się okazja aby nadrobić zaległości i przekonać się na własne oczy i uszy kim właściwie są Royal Blood. 14 stycznia 2015 odbył się ich koncert w warszawskim klubie Palladium. Dwóch facetów grających na zaledwie dwóch instrumentach kawał potężnego rocka - zrobiło to na mnie wówczas ogromne wrażenie. Niezwłocznie nabyłam debiutancki album Royal Blood i dziś Wam go zaprezentuję. 


Debiutancka płyta pochodzącego z Worthing duetu nosi tytuł "Royal Blood".  Album swoją premierę miał 25 sierpnia 2014, wydany został przez wytwórnię Warner Bros.


Na płycie "Royal Blood"  znajduje się 10 piosenek:

Strona A:

1. "Out of the Black" 
2. "Come On Over" 
3. "Figure It Out"  
4. "You Can Be So Cruel"
5. "Blood Hands"  

Strona B:

6. "Little Monster"  
7. "Loose Change"  
8. "Careless"  
9. "Ten Tonne Skeleton" 
10. "Better Strangers"  


Mój egzemplarz to oczywiście winyl. W pudełku znajdziemy jeszcze wkładkę ze zdjęciem zespołu oraz tekstami piosenek. Do płyty dołączony został kod umożliwiający pobranie albumu "Royal Blood" w formacie cyfrowym. 



Debiutancką płytę Royal Blood otwiera utwór "Out of The Black", który z miejsca wgniata słuchacza w podłogę agresywnym tłuczeniem perkusji. Wtórujący jej bass ( który w zasadzie pełni rolę "zwykłej" gitary elektrycznej) wyraźnie daje do zrozumienia, że jeżeli szukałeś ostrego, garażowego rocka to właśnie go znalazłeś. Całość uzupełnia pełen pretensji wokal Mike'a Kerr'a. Ten nieco łagodnieje w kolejnym utworze "Come On Over", ale tylko na chwilę i chyba tylko po to by móc skupić się na mikro solówkach urozmaicających kawałęk. W "Figure It Out" wokalista ma zdecydowanie dużo do powiedzenia, co jednak nie przeszkadza mu popisywać się umiejętnościami gry na gitarze, momentami naśladującej ryk silnika jakiegoś wyścigowego samochodu. Jeżeli mielibyście okazję usiąść za kierownicą takowego, "You Can Be So Cruel" posłuży Wam w tej sytuacji za kapitalny soundtrack. Przy "Blood Hands" trudno się choćby nie pokołysać, a zahipnotyzowany umysł sam rwie się do przerzucenia winyla na drugą stronę. Otwiera ją mój ulubiony kawałek "Little Monster", gdzie drapieżne riffy przeplatają się z łagodnym, choć momentami histerycznie brzmiącym wokalem. Koniecznie musicie go posłuchać. "Ten Tonne Skelleton" to mój kolejny faworyt. Rozpoczyna się riffem nie do podrobienia. Ten kawałek to istna petarda, trudno się dziwić, że na koncercie lecą drzazgi. Listę utworów debiutanckiej płyty Royal Blood zamyka "Better Stranger". Panowie nieco zwalniają przy niej tempa, jednak posłuchawszy raz tej piosenki naprawdę ciężko pozbyć się jej z głowy. Do końca dnia będziecie sobie w głowie nucić "hollow" i "follow". Podczas trwania całej płyty Mike Kerr udowadnia, że z niedocenianego instrumentu jakim jest bass można wykrzesać naprawdę wiele, a Ben Thatcher dzielnie dotrzymuje mu kroku. Wsłuchawszy się w tekst piosenek można odnieść wrażenie, że album opowiada o nieszczęśliwej miłości, próżno jednak szukać na nim ckliwych ballad. Debiutancka płyta Royal Blood to rock przed duże "R" i jeżeli szukacie energetycznego, rażącego brzmienia ten krążek jest dla Was.


Pod koniec 2015 duet wszedł do studia, gdzie mam nadzieję wkrótce powstanie ich druga płyta.

Zetknęliście się z twórczością Royal Blood? Jak Wam się podoba ich debiutancka płyta?

Moja ocena? 9/10.

Jeżeli moja recenzja Ci się podobała daj znać i zostań fanem mojej strony na Facebooku.
Youdeetah

3 komentarze:

  1. Nigdy o nich nie słyszałam, ale okładka genialna. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. odkryłam ich jakiś czas temu - absolutne objawienie i bardzo żałuję, że ominął mnie koncert. ale mam nadzieję to jeszcze nadrobić i czekam niecierpliwie na nową płytę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam tego zespołu, ale okładka bardzo ciekawa, a co ważniejsze - winylowa płyta, uwielbiam winyle, mają o wiele lepsze brzmienie niż CD czy nagrania cyfrowe.

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do wymiany opinii :) Dziękuję za wszystkie komentarze :)

Z chęcią odwiedzę Wasze blogi, ale proszę nie spamujcie. Podpiszcie się, a na pewno Was znajdę.