piątek, 2 grudnia 2016

Sum 41 - historia mojej fascynacji zespołem oraz relacja z ich pierwszego koncertu w Polsce w 2010 roku.

Jak wiecie Sum 41 to dla mnie zespół szczególny. To ich muzykę wybrałam sobie jako życiowy soundtrack na czas okresu dojrzewania i buntu :) Dokładnie 6 lat temu, 2 grudnia 2010 roku Sum 41 zagrali pierwszy koncert w Polsce. Tamtego dnia spełniły się moje największe nastoletnie marzenia. Myślę, że ta rocznica jest świetną okazją do przedstawienia Wam mojej historii z Sum 41, a także zaprezentowania długo obiecywanych zdjęć z tamtego wieczoru. Zapraszam!



Słowem wstępu dla tych, którzy nie znają Sum 41 - jest to powstały w 1996 roku, pochodzący z Kanady zespół grający amerykańskiego skate punka i punk rocka, a teraz także delikatny metal. Gdy rozpoczynałam swoją przygodę z zespołem, jego skład stanowili: Deryck Whibley, Jason McCaslin, Dave Baksh oraz Steve Jocz. W 2006 roku grupę opuścił Baksh, jego miejsce wkrótce zajął Tom Thacker. W 2013 roku z zespołu odszedł Steve Jocz, a zastąpił go Frank Zummo. W 2014 roku Deryck Whibley otarł się o śmierć przez chorobę alkoholową. Na szczęście udało mu się powrócić do zdrowia. Grupa Sum 41 ocalała. Mało tego, w 2015 roku do zespołu powrócił Dave Baksh i od tamtej pory skład liczy pięć osób. Sumy mają na swoim koncie sześć albumów studyjnych. Najnowszy nosi tytuł "13 Voices" i niedawno pisałam Wam o promującym go singlu "War".

Do rzeczy:

Wszystko zaczęło się w czasach gdy M w MTV oznaczało jeszcze muzykę. Był to bodajże 2001 rok. Moi rodzice zamontowali wtedy w salonie nowy dekoder pierwszej polskiej satelitarnej platformy cyfrowej. Wyposzczona wychowywaniem z dala od kablówki i złakniona teledysków z amerykańskiej telewizji muzycznej, toczyłam z domownikami zaciekłe boje o pilota. 

Podczas jednego z nudnych jesiennych wieczorów, skakałam po muzycznych kanałach szukając czegokolwiek, co trafiłoby w mój wysublimowany nastoletni gust. 

I tak natknęłam się na teledysk "In Too Deep" Sum 41. Sama nie wiem czy trafiła do mnie ich muzyka, czy charyzmatyczni członkowie zespołu, czy też pomysł nakręconego w basenie teledysku wydał mi się wystarczająco absurdalny, nie pamiętam. Wiem tylko, że od tamtej chwili nie mogłam się pozbyć z głowy zarówno "In Too Deep", jaki i myśli o samym zespole.




Zaczęłam grzebać w sieci w poszukiwaniu informacji o Sum 41.  Nie było łatwo. Rzecz miała miejsce w czasach gdy komputer łącząc się z Internetem niemiłosiernie piszczał, a połączenie z siecią kosztowało 0,35 zł za impuls. Wejście na oficjalną stronę www.sum41.com graniczyło z cudem, pamiętam tylko, że jej wygląd nawiązywał do starej gry Galaxy. Wyszukiwania ciekawostek o Sum 41 nie ułatwiał mi fakt, że w szkole uczyłam się tylko niemieckiego. W Polsce działała tylko jedna fanowska strona internetowa o Sumach prowadzona przez niejakiego Travisa, który później doznał jakiegoś wypadku i przestał aktualizować stronę. W Bravo czy Popcornie próżno było szukać informacji na temat Sum 41. To mnie zmotywowało do nauki angielskiego na własną rękę i dalszego grzebania w sieci w celu wyszukiwania wzmianek o zespole. W międzyczasie rejestrowałam na magnetowidzie wszelkie teledyski, koncerty i making of z udziałem Sum41. W tamtym czasie postanowiłam, że kiedyś zostanę gwiazdą rocka, co w sumie od najmłodszych lat jest moim ogromnym marzeniem. Rozpoczęłam długi i żmudny proces forsowania wniosku o kupienie mi przez rodziców gitary elektrycznej. 

Pamiętam jak ugięły się pode mną nogi, gdy bez większej nadziei po raz kolejny przeczesując półki w częstochowskim Media Markt, w końcu natrafiłam na nią - piękną, zafoliowaną płytę "All Killer No Filler". Rodzice nie mieli wyjścia i pod silnym naciskiem mi ją sprezentowali. Później pewnie tego żałowali, bo katowałam ich nią niczym więźniów Guantanamo. Dzięki kochanemu bratu, który przegrał mi tę płytę na kasetę magnetofonową, mogliśmy ku mojej uciesze słuchać "All Killer No Filler" nie tylko w domu, ale także w trakcie rodzinnych podróży samochodem :) Chyba wiszę rodzicom jakąś terapię. Nadmiar wszechobecnego punk rocka nie ułatwiał moich starań o wymarzonego elektryka. Mimo wszystko moi najbliżsi dzielnie znosili moją fascynację kanadyjskimi "rozdzirkami". Małto tego, udało mi się znaleźć wśród bliskich muzycznego kompana. W mojej przygodzie z Sum 41 od początku towarzyszyła mi moja kuzynka. Razem słuchałyśmy ich muzyki, analizowałyśmy bzdurne teledyski, sprzeczałyśmy się która kogo z zespołu kocha bardziej i zgodnie marzyłyśmy, aby kiedyś móc posłuchać Sum 41 na żywo. Planowałyśmy też stworzyć kiedyś żeński odpowiednik zespołu :) Nastoletni okres mijał nam na poszukowaniu każdej, choćby najmniejszej wzmianki na temat zespołu, na przemian z powielaniem głupot do których inspirowali nas nasi idole.

Któregoś dnia we wspomnianym wcześniej markecie znalazłam skarb. Udało mi się tam upolować debiutancki album Sum 41, EPkę "Half Hour of Power". Do tej pory tak mam, że płyty cieszą mnie bardziej niż buty czy torebki :)

W 2002 roku Sum 41 wydali kolejny album pt. "Does This Look Infected?", którego nie mogłam nigdzie dostać. Mojemu bratu udało się zdobyć dla mnie zagraniczne wydanie tej płyty, zawierające dodatkowy krążek z nagraniami video uchylającymi rąbka tajemnicy na temat życia w trasie, co było łakomym kąskiem dla takiej fanatyczki jak ja. 

Ponadto na Allegro zdobyłam DVD pt. "Introduction to Destruction", na której znajdował się zapis koncertu Sum 41 z londyńskiego klubu Astoria, a także zbiór krótkich filmików z życia zespołu. Raj.

Godzinami mogłam słuchać i oglądać materiałów z zebranej przeze mnie kolekcji. Po świętach zwiozę ją z rodzinnego domu, sfotografuję i się Wam pochwalę :)

Ok. 2004 roku Deryck Whibley, wokalista Sum 41, zaczął spotykać się z Avril Lavigne, o czym dowiedziałam się z artykułu w Bravo. Normalnie złamałoby mi to serce, jednak w tym czasie przeżywałam swoje pierwsze poważne zakochanie i miałam to gdzieś.  Dzięki tej relacji grupa stała się w Polsce nieco bardziej rozpoznawalna. Wzmianki o Sumach zaczęły częściej pojawiać się w polskich gazetach muzycznych dla nastolatków. Do tej pory przechowuję wycinki, które udało mi się wówczas w nich znaleźć.

12 października 2004 roku Sum 41 wydali kolejny album pt. "Chuck", na którym wyraźnie słychać ogromną zmianę w stylu granej przez nich muzyki. Z amerykańskiego punk rocka zwrócili się w stronę metalu. Pomimo tego moja sympatia do Sum 41 nie zmalała ani trochę. Dorastałam ja i dorastali moi idole.

Moi rodzice widząc, że moje zainteresowanie tym całym rockiem nie słabnie z upływem czasu, postanowili w końcu kupić mi gitarę. Tyle, że akustyczną... Nie ostudziło to jednak mojego zapału i w te pędy pognałam na lekcje grania na gitarze do pobliskiego MDKu. Na zajęciach wytrwałam rok. Zbyt wysoko umieszczone siodełko w moim Staggu doprowadzało mnie i mojego nauczyciela do szewskiej pasji. Postanowiłam odłożyć swoje marzenie o podbiciu rockowej sceny muzycznej do czasu, aż będę w stanie sama sobie kupić wymarzoną gitarę elektryczną i skupiłam się na przygotowaniach do matury. 

Potem zaczęły się studia. Nowe otoczenie, nowi znajomi, nowe muzyczne inspiracje. Nawet nie spostrzegłam, kiedy odstawiłam Sum 41 na boczny tor. To wtedy zafascynowałam się Red Hot Chili Peppers i Johnem Frusciante. Dzięki niemu marzenie o gitarze elektrycznej nie osłabło we mnie ani na chwilę. Zanurzyłam się w muzyce, o której dzisiaj Wam piszę na moim blogu. I tak wiodłam sobie zwyczajne studenckie życie. Do czasu.

Pewnego dnia SGGW ogłosili artystów mających wystąpić na Ursynaliach w 2010 roku. Jak już się pewnie domyślacie wśród nich był zespół Sum 41. Ogłoszenie to sprawiło, że nie posiadałam się z radości. Wszystkie wspomnienia wróciły w jednej chwili. Niecierpliwie odliczałam czas do pierwszego koncertu Sum 41 w Polsce. 

Niestety, na kilka dni przed rozpoczęciem Ursynaliów, występ Sumów został odwołany. Z tego co pamiętam przyczyną był pobyt Derycka w szpitalu . Ale zespół obiecał, że jeszcze do Polski wróci. I wrócił, jeszcze tego samego roku!

2 grudnia 2010 roku odbyła się specjalna, zimowa edycja Ursynaliów, w ramach której Sum 41 w końcu zagrali koncert w Polsce. Początkowo występ miał się odbyć w Arenie Ursynów, jednak w ostatniej chwili został przeniesiony do Palladium. Powodem tych przenosin było znikome zainteresowanie wydarzeniem oraz zima, która tego dnia sparaliżowała Warszawę. To, gdzie miał się odbyć wówczas ten koncert było mi kompletnie obojętnie. Najważniejsze było,  że w końcu zobaczę na żywo swoich idoli! Oczywiście na koncercie towarzyszyła mi moja kuzynka.

Ogrom emocji i fakt, że koncert ten odbył się 6 lat temu sprawiają, że nie wszystko dokładnie z tamtego wieczoru sobie przypominam. Pamiętam, że na pewno zagrali "In Too Deep", "Fat Lip" i "Motivation". Był też jakiś cover Metallici. Razem z kuzynką szalałyśmy tuż przy barierkach przeżywając wspólnie koncert życia. Udało nam się także złapać kostki, moja należała do basisty Cone'a. Szczęście nam sprzyjało do końca tamtego wieczoru  Pamiętam, że byłam bardzo rozczarowana tym, że nie usłyszałam mojej ulubionej piosenki Sum 41 - "Handle This". Deryck Whibley powiedział mi potem, że jej ostatnio nie grają.  Tak, powiedział mi, bo po koncercie wraz z kuzynką trafiłyśmy na backstage, gdzie udało nam się porozmawiać z chłopakami i zrobić sobie z nimi kilka pamiątkowych zdjęć. Możecie je zobaczyć poniżej.

Wybaczcie złą jakoś i nienajlepszą prezencję, ale zrozumcie, że w 2010 roku zdjęcia robiło się kartoflem, a my miałyśmy wtedy za sobą koncert życia :) 


Powyższe zdjęcie zostało wykonane tuż po tym, jak natrafiłyśmy na Derycka. Jak widać byłyśmy w totalnym szoku. Koncert nas wykończył i pamiętam, że w tamtej chwili bardziej od Bizzy'ego D interesował mnie ten baniak z wodą po lewej :) 


Po chwili Deryck zaprowadził nas do reszty zespołu. 2 grudnia 2010 roku skład Sum 41 stanowili:
(od lewej)
Thom Thacker, Jason McCaslin (Cone), Steve Jocz i Derych Whibley.


Chopaki chętnie z nami rozmawiali i robili zdjęcia. To był naprawdę świetny wieczór!


2 grudnia 2010 roku spełniły się moje największe nastoletnie marzenia. To niesamowite uczucie, móc stanąć oko w oko ze swoimi idolami. Wiem, że polecę teraz Coehlo, ale nie ma rzeczy niemożliwych i jeżeli czegoś się naprawdę pragnie, można to osiąnąć. Pozdrawiam kuzynkę i dziękuję za tamten niesamowity wieczór :)

A oto moje souveniry z pierwszego koncertu Sum 41 w Polsce w 2010 roku:



Bardzo Wam dziękuję za dobrnięcie do końca mojej opowieści. Mam nadzieję, że dzięki temu trochę lepiej mnie poznaliście. Ja z chęcią również poznam Was i z przyjemnością dowiem się czego słuchacie. Opiszcie mi w komentarzach Wasze historie z Waszymi ulubionymi artystami! 

A może Waszym zespołem nr 1 też jest Sum 41? Fani powinni trzymać się razem, zapraszam Was do polubienia mojego profilu na Facebooku.

Przypominam, że Sum 41 wkrótce ponownie zagrają koncert w Polsce - 7 lutego 2017 zespół wystąpi w klubie Proxima

Youdeetah

1 komentarz:

  1. Świetna historia az mi lezka ppoleciała :D mi taksię samo bardzo sprawia przyjemność kolekcjonowanie plyt, mam zamiar zdobyć wszystkie plytki od sum 41 ale poki co mam tylko 13 voices i half hour of power obydwie zupelnie inne i o to chodzi, to zespół ktory nie moze sie znudzić! Pozdrawiam każdego jednego fana i fanke sum 41

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do wymiany opinii :) Dziękuję za wszystkie komentarze :)

Z chęcią odwiedzę Wasze blogi, ale proszę nie spamujcie. Podpiszcie się, a na pewno Was znajdę.