piątek, 11 listopada 2016

Koncert White Lies w Polsce - relacja, opinia i wrażenia z występu 3 listopada 2016 roku w Progresji w Warszawie.

Na początku listopada zespół White Lies odwiedził Polskę, gdzie zagrał dwa koncerty - w Gdańsku i Warszawie. W drugim, który odbył się 3 listopada 2017 roku w klubie Progresja Music Zone, brałam udział i zapraszam Was na relację z tego występu.


White Lies to założony w 2007 roku w Anglii zespół grający indie rocka. Jego skład stanowią Harry McVeigh, Charles Cave oraz Jack Lawrence-Brown. Grupa swą popularność zawdzięcza fenomenalnemu debiutanckiemu albumowi "To Lose My Life...", z którego pochodzą takie hity jak "Farewell to the Fairground", "Unfinished Business", czy "Death". Niedawno zespół wydał swój nowy, czwarty album pt. "Friends". Jego premiera odbyła się 7 października 2017 roku i oczywiście wkrótce możecie spodziewać się mojej recenzji na blogu. To właśnie w ramach promocji nowego krążka grupa zawitała w listopadzie do naszego kraju na dwa koncerty.

White Lies dotychczas odwiedzili Polskę kilkukrotnie, jednak mi, choć słucham ich od czasów wcześniej wspomnianego debiutanckiego albumu, udało się posłuchać ich na żywo dopiero w tym roku. 3 listopada 2016 roku zespół zagrał koncert w warszawskim klubie Progresja Music Zone. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i musiałam się tam pojawić.

Tego wieczoru w roli supportu wystąpił zespół The Shipyard. To polski kwartet, którego skład stanowią Rafał Jurewicz, Michał Miegoń, Piotr Pawłowski oraz Michał Młyniec. Jak sami twierdzą grają muzykę z gatunku post cold shoegaze punk alt, cokolwiek to znaczy. Ja osobiście porównałabym ich brzmienie (przynajmniej gdy śpiewali po angielsku) do Interpolu. Śpiewając po polsku wywierają nieco słabsze wrażenie. Od strony muzycznej był to całkiem niezły rockowy koncert, choć momentami drażniła mnie perkusja. W The Shipyard tkwi olbrzymi potencjał, muszą jednak dopracować występy na żywo i poprawić kontakt z publicznością. Mniej gadania, więcej czadu! :)

White Lies wkroczyli na scenę w kłębach sztucznego dymu. Rozpoczęli swój występ od utworu "Take It Out On Me" z nowej płyty. Z krążka "Friends" tego wieczoru można było usłyszeć jeszcze "Hold Back Your Love", "Morning in LA", "Don't Want to Feel It All" i "Is My Love Enough?". Trzon koncertu stanowiły jednak utwory z debiutanckiego albumu White Lies, za co bardzo panom dziękuję. "To Lose My Life" i "Farewell to the Fairground" zostały wykonane w tempie wolniejszym od tego, które znam z płyty. Mimo wszystko zachwyciły zgromadzoną w Progresji publiczność. Jeżeli już o niej mowa, to koncert White Lies w Progresji był bardzo kameralny. Bez problemu można było się dostać pod samą scenę. Ma to swoje plusy, bo zamiast tłumu przypadkowych gapiów, znajdowała się tam gromadka świetnie bawiących się, zaangażowanych w koncert ludzi. Wracając do utworów z pierwszej płyty White Lies, podczas występu w Progresji można było usłyszeć jeszcze m.in. "The Price of Love", "E.S.T." i "Unfinished Business". Nie zabrakło także utworów z albumów "Big TV" ("There Goes Our Love Again" i "Getting Even") oraz z "Ritual"("Streetlights"). Po każdej piosence zepół był sowicie nagradzany brawami, co wywoływało uśmiechy na twarzach jego członków. Zdarzało się, że w trakcie niektórych piosenek wokalista miał problem wyciąganiem dłuższych i wyższych dźwięków, lecz publiczność przymykała na to oko. Ponadto basista swoją rewelacyjną grą rekompensował wszelkie niedociągnięcia swoich towarzyszy. Główna część koncertu zakończyła się piosenką "Death", podczas której grupa popogrywała sobie z publicznością co rusz zmieniając tempo. Zagranie to zostało entuzjastycznie przyjęte przez zgromadzonych w Progresji słuchaczy. Zgotowali White Lies takie brawa, że Ci zdecydowali się wyjść na bis, podczas którego zabrzmiały "Big TV", "Come On" oraz "Bigger Then Us". Na zakończenie koncertu Harry McVeigh w imieniu całego zespołu powiedział, że miło było wróćić do Warszawy po długiej nieobecności. Wyraził także chęć szybkiego powrotu do naszego kraju. Tego wieczoru zarówno White Lies, jak i publliczność opuścili Progresję w wysmienitych nastrojach. Był to naprawdę świetny koncert.

Progresja Music Zone na rockowe koncerty nie jest taka zła :) Poprzednio byłam tam na występie José Gonzáleza, który był raczej akustyczny i pamiętam, że bardzo irytowało mnie brzdąkające szkło w znajdującym się na sali barze. Przy głośnym, rockowym koncercie problem szkła nie daje się we znaki. Od mojej ostatniej wizyty w Progresji poprawiła się tam również obsługa i "logistyka" całego wydarzenia. Minusem tego klubu jest to, że nie znajduje się w centrum miasta i dojazd komunikacją miejską zabiera sporo czasu.

Cieszę się, że mogłam w końcu posłuchać White Lies na żywo. A Wy, byliście kiedyś na ich koncercie?

1 komentarz:

Zapraszam do wymiany opinii :) Dziękuję za wszystkie komentarze :)

Z chęcią odwiedzę Wasze blogi, ale proszę nie spamujcie. Podpiszcie się, a na pewno Was znajdę.